Zdarzało mi się
zaczynać blogi, porzucać je lub zamykać. Nigdy motywacja nie
trwała długo. Ale kiedy spojrzałam na Mateo cuisine coś mnie
tknęło. A gdyby tak.. znowu spróbować? Powrócić do pasji?
Dopiec – i to w niejednym znaczeniu tego słowa?
Wiecie, bo to nie jest
tak, że wątpię w talent objawiający się w kuchni któregokolwiek
z autorów Mateo cuisine. (Mówię o autorach, a nie o jednym
autorze, bo wieloletnie doświadczenie nauczyło mnie, że jego Ego
nie jest czymś, co można, ot tak, ignorować). Gdyż, na przykład:
pamiętam jak świetnie potrafi zrobić kogel-mogel z moich jajek
oraz przywrócić moje naczynia do stanu czystości, za co po dziś
dzień jestem mu wdzięczna. Tylko nieśmiała jestem, więc
wdzięczna mu jestem w milczeniu.
Mateo jest też świetnym
gospodarzem, gdyż mogę zawsze liczyć na ciepłe przyjęcie w jego
nieskromnych progach – podróbą ice tea z Lidla i owocami z
kruszonką domowej roboty. Mojej.
Podsumowując, nie
twierdzę, że Mateo nie ma odpowiednich kompetencji, by dawać
światu porady dotyczące cuisine. Uważam tylko, że bez realnej
konkurencji to byłoby dla niego zbyt proste!
Więc co do tego pomysłu
na bloga, to to taka sztuka dla sztuki i nic więcej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz