sobota, 19 października 2013

Idą święta.

Dłuższą chwilę nic nie pisałam, ale już mówię co się działo.

W sobotę 12 października (zaprawdę, pojęcia nie mam jak ten czas mógł tak szybko zlecieć) byłam z dziewczynami na warsztatach dekorowania babeczek prowadzonych przez autorkę bloga Magda Kucharzy.
Było bardzo słodko i kolorowo, a nawet troszkę czarno, bo cała akcja odbywała się pod hasłem Węgiel FOOD (zainteresowanych zapraszam: Węgiel BOOM).

Nawet stworzyłam babeczkę z bryłkami węgla z lukru plastycznego, ale efekt byłby zdecydowanie lepszy, gdybym napisała po prostu: "Wůngel" czy coś takiego, bo te czarne klocki nie wyglądały zbyt przekonująco.

Natomiast udało mi się zrobić ciasteczkowego potwora bez ciastka, za to z wąsami. Poważnie rozważam dopisanie tej umiejętności do mojego curriculum vitae. Kto wie, może właśnie to wyróżni mnie kiedyś z tłumu. Uwaga - poniżej fotografia dla ludzi o mocnych nerwach.



Jeśli czujecie się zdezorientowani i oszukani brakiem przepisu - przepraszam. W ramach rekompensaty pozwolę sobie polecić Wam niesamowicie dobre babeczki, które miałam okazję dekorować. Przepis znajdziecie tutaj *.*. Pycha!

Zwierzę Wam się również, że w nadchodzącym tygodniu szykuje się dużo kulinarnej roboty. Będzie koci tort. Taki trochę halloweenowy, trochę urodzinowy... Jeszcze nie wiem czy wszystko wyjdzie jak powinno, więc więcej szczegółów nie zdradzę. Poza tym, na warsztatach Magda przekonała mnie do sosnowieckich barwników spożywczych. Wiem, co myślicie - szok, niedowierzanie... Żegnaj belgijska chemio! Witaj zagłębiowska!

Na koniec jeszcze jedna dobra rada:
Strzeżcie się, bo w sklepach już atakują święta! Ja dzisiaj padłam ofiarą... Niby jeszcze nie żałuję, ale sami wiecie jak to jest!


wtorek, 8 października 2013

Kanelbullar

Dzisiaj szwedzkie bułeczki cynamonowe, które parę dni temu miały swoje święto. Mimo szczerych chęci nie udało mi się stworzyć i opublikować notki w ich dzień, a wszystko przez to, że w ostatniej chwili uznałam to za zbyt banalne i oklepane. Czasem trzeba w życiu coś zaryzykować, wybić się ponad schematy tudzież pójść z duchem internetu i zuchwale dać do zrozumienia światu, że: „YOLO”.



Już bez większych wstępów, bo nie czuję się najlepiej...


...podaję przepis!

Szwedzkie kanelbullar

lekko zmieniony z bloga Around the kitchen table



Ciasto:
50 g świeżych drożdży
½ l ciepłego mleka
150-200g rozpuszczonego masła
100 - 120 g cukru
łyżeczka soli
1 -2 łyżeczki mielonego kardamonu
800 - 850 g mąki

Nadzienie:
200 - 300 g masła o temp. pokojowej
150g cukru
4 - 6 łyżek cynamonu

Do posmarowania:
rozbełtane jajka, perłowy cukier


1. W ciepłym mleku rozpuszczacie drożdże i dodajecie do tego wszystko inne potrzebne do ciasta. Włóżcie w to trochę serca i pogniećcie w taki sposób, żeby masa stała się elastyczna i błyszcząca.
2. Odstawcie ją w ciepłe miejsce na 30 – 60 min.
3. Potem podzielcie na dwie części, każdą rozwałkujcie tak, żeby chociaż trochę przypominała prostokątny placek.
4. Zróbcie nadzienie: masło, cukier i cynamon pogotujcie w rondelku ok. 2-3 minutki.
5. Nadzienie rozsmarujcie równomiernie na rozwałkowanych plackach i zwińcie je wzdłuż dłuższego boku. Rulony pokrójcie w poprzek na kawałki o grubości ok 2cm.
6. Bułeczki połóżcie na blasze i posmarujcie rozbełtanym jajkiem. Ja dodatkowo posypuję je cukrem perłowym, można też użyć lukru po upieczeniu.
7. Pieczcie 5-8 minut w temperaturze 250°C. Uważajcie, bo łatwo je przypalić!


Powodzenia!

środa, 2 października 2013

Dyniowa CURRYzupa


Być może też kiedyś zauważyliście, że nie samymi ciastami człowiek żyje, zwłaszcza, kiedy zima nadchodzi. Nie miejcie mi za złe, że nie będę tu zawsze zamieszczać przepisów na ciepłe szarlotki, ale mam nadzieję, że pustkę, do stworzenia której się przyczyniam, zdoła wypełnić dzisiejsza propozycja na równie ciepłe i kaloryczne danie. Tak naprawdę od szarlotki różni się tylko tym, że te kalorie są, jakby to powiedzieć.. mniej puste.

Mówię tutaj o zupie zainspirowanej blogiemPieprz czy wanilia, która z powodu ubogich finansów i ogromnego lenistwa wyszła inaczej niż powinna, ale na tyle dobrze, że nigdy nie odważyłam się dodać do niej żadnych batatów czy czerwonej soczewicy...

Oczywiście, jeśli wasze delikatne podniebienia nie mogą znieść smaku zupy innej niż zabielonej mleczkiem kokosowym, a doprawianie kurczaka curry z saszetki wydaje wam się czystą profanacją – gorąco polecam „Curry z dynią, batatami i kurczakiem” na wspomnianym blogu.

Jeśli jednak wolicie rozwiązania dla leniwych i niespecjalnie zamożnych, a poza tym macie dużą rodzinę lub lodówkę – zapraszam do gotowania! Na same zakupy polecam zabrać ze sobą jakiegoś uprzejmego tragarza, a później już poradzicie sobie same*.

* przepraszam za ten zwrot do kobiet, ale rzadko widuję mężczyzn, którzy mają problemy z targaniem dyni. Wierzcie, nie chciałam nikogo pominąć.


Dyniowa zupa curry


1 mała dynia (max 3-4 kilo, chyba że macie gigantyczne garnki)
2-3 marchewki
zielony groszek (ja daję z puszki)
2 piersi z kurczaka
2-3l bulionu, taki z kostki będzie idealny!
saszetka curry
sól, pieprz
masło/margaryna/olej do smażenia






1. Zaczynacie od wbicia najostrzejszego noża jakim dysponujecie w samo serce dyni i przecinacie na pół. To najtrudniejszy etap gotowania. Potem już z górki: obieracie ze „skórki” i kroicie w kostkę 1x1cm. Jeśli wasz tragarz jeszcze nie poszedł, poproście go o pomoc, bo to dosyć żmudne zajęcie. To samo zróbcie z marchewkami.
2. Pokrójcie kurczaka w coś na kształt kostek, przyprawcie solą i pieprzem, wrzućcie na patelnię, w międzyczasie wsypcie duuużo curry i pomieszajcie.
3. Do dużego gara wsypcie kawałki dyni, marchewki, kurczaka, groszek i zalejcie rosołkiem.
4. Po jakichś 15 minutach gotowania zupa będzie zdatna do spożycia *








* im dłużej będziecie gotować, tym zupa będzie gęstsza – zdecydujcie sami!